Dlaczego jako terapeuci wymagamy zmiany od innych, a sami się jej boimy?

Dzisiejszy wpis z pewnością będzie subiektywnym, pełnym emocji postem. Wszystko za sprawą szkolenia, w którym od dwóch dni uczestniczę. Dokładnie chodzi o szkolenie prof. Robina McWilliama.

Części z Was może to niewiele mówić, dlatego pokrótce przybliżę propozycje owego, sympatycznego Amerykanina. Założenia jego systemu przewracają w głowie wielu ludziom z różnych zakątków świata. Tak naprawdę podczas szkolenia ten facet zmienia przekonania, bulwersuje, czy też potwierdza to, co intuicyjnie czujesz, że jest odpowiednie dla dzieci.

Jego metoda opiera się na kilku twierdzeniach. Przytoczę, te które najmocniej zapadły w mojej głowie.

  1. Terapeuci – specjaliści nie powinni zabierać dzieci na terapie do innych pomieszczeń. Dlaczego?
    Ponieważ to nie jest naturalne środowisko dziecka, a więc nie będzie ono zachowywało się w spontaniczny, zwyczajny dla siebie sposób.
    Rozwiązanie?
    Specjaliści podczas różnych czynności wchodzą do grupy przedszkolnej i pokazują w jaki sposób należy korygować zachowanie dziecka (pod względem logopedycznym, fizjoterapeutycznym etc.). Terapeuci to nauczyciele wychowawców, którzy zdobyte umiejętności przenoszą na pozostałe aktywności w ciągu dnia.
  2. Sale podzielone są na strefy, na środku Sali znajduje się zbudowany z mebli krzyż dzielący pomieszczenie właśnie na takie ‘zone’. Kolory pomieszczeń są neutralne, zabawki w głównej mierze drewniane (więcej na temat umeblowania pokoju dziecka z ASD). Wszystko stylizowane jest na wzór prawdziwego domu. W pomieszczeniu znajduje się sofa na której nauczyciel może spędzać czas z dziećmi np. czytając. Nieco przypomina mi to sale montessoriańskie. Co więcej każda strefa dotyczy konkretnego obszaru, tzn. mamy strefę relaksu, konstruktora – coś na wzór naszych kącików zainteresowań, jednak inny podział przestrzeni powoduje, że atmosfera jest przytulniejsza, a dzieci uczą się, gdzie dana zabawka ma swoje miejsce – kategoryzują przestrzeń.
  3. Wizyty domowe – chyba największa zmora polskich terapeutów. Jeśli jest inaczej – dajcie znać w komentarzu 😉
    Założenie systemu opiera się nie tyle na pracy z samym dzieckiem, co z całą, najbliższą rodziną. Tak, tak – teraz pewnie większość z Was stwierdzi, że u nas przecież tak jest… ale bądźmy fair wobec siebie – naprawdę skupiamy się na rodzinie i wspieraniu rodziców w opiece nad niepełnosprawnym maluchem? Czy tylko myślimy jak zaparzyć sobie kawę i czmychnąć szybko do domu? U Robina cele do pracy bardzo często obejmują również cele dla rodziców zgodnie z metaforą dwóch wiaderek: im więcej zasobów ma opiekun, tym więcej otrzyma dziecko.

 

Oczywiście przytoczyłam Wam tylko niewielki skrawek systemu oraz wiedzy profesora, nie to jednak jest przedmiotem dzisiejszego wpisu.

Jak wspomniałam wcześniej system amerykański, daleki naszemu wzbudza wiele kontrowersji. Jedni się zachwycają, drudzy bulwersują. Nie rozumiem tylko jednego… dlaczego tak wielu ludzi nie chce spróbować? Nie myślę w tym momencie tylko i wyłącznie o terapeutach, rodzicach ale również o przeciętnych Kowalskich (swoją drogą nie mam nic do Kowalskich 😉 ). Dlaczego kiedy chcemy się zainspirować lub deklarujemy taką chęć, to następnie zamykamy się na każde słowo, szukając argumentów do negacji, zasłaniając się różnymi dziwnymi sprawami…?!

Pewnie część z Was zarzuci mi teraz, że jestem pełna ekscytacji na tzw. fali szkoleniowej – JESTEM – przyznaję. Coś, co intuicyjnie czułam, że jest właściwe zostało potwierdzone. Staram się jednak nie popaść w fanatyzm i racjonalnie zastanowić jakie rozwiązania mogę w polskich warunkach przenieść do swojej grupy dzieci. I najbardziej chyba w tym wszystkim boli mnie przybieranie pozy: nie znam tematu ale zneguję wszystko, co związane jest z tą metodą, a nawet dla bezpieczeństwa z całą Ameryką.

Dzisiejszy dzień to dla mnie wielka lekcja.

Nie mogę wymagać od rodzica zmiany w jego zachowaniu, przystania na moją propozycję skoro sama mam problem z otwartością na to co nowe i dotąd mi nieznane.

Zgodzisz się?

Paulina Sztwiertnia

4 Comments

  1. Pracuje w tym trudnym/kontrowersyjnym systemie od 7 lat (w Polsce) i o ile nie widzę w nim wad o tyle przeszkód do pokonania aby wdrażać w środowisko i domowe a szczególnie przedszkolne i szkolne sporo. Terapeuta ABA (behawioralny) to analityk, który rozwiązuje problem tam ,gdzie on występuje, określa jego funkcje,ustala procedury korygujące lub nauczające zachowań nowych, wspomaga i udziela instruktażu rodzicom i nauczycielom. Instruuje nie po to , by pokazać swoją rangę,ale by oddziaływanie terapeutyczne było holistyczne i przynosiło efekty, a przede wszystkim, by następowała generalizacja na miejsca, sytuacje i interakcje z innymi osobami. To tak po krótce. Jest jeden mankament tego typu podejścia do terapii, nie da się być pracownikiem budżetowym, nasz system tego nie uwzględnia.A szkoda, bo to bardzo efektywna praca z klientem.pozdrawiam. Alicja Pilch

  2. Uważam, że to dosyć oczywiste tezy. Właściwie od lat staram się tak pracować : czyli wchodząc w grupy dziecięce, organizując przestrzeń, pracując z rodzicami . Przyznam, że nie było mi jakoś specjalnie trudno przekonać do takiego stylu pracy nauczucieli. Myślę, że ograniczenia są w nas i w systemie np. brakuje standardów pracy w oświacie dla terapeutów takich jak : terapia własna, regularna suerwizja.

    • Joanna – oczywiście. Dla większości uczestników szkolenia wymienione tezy były oczywiste, jednak w natłoku biurokracji, prześcigania się lepszymi ofertami zdarza się, że to, co najistotniejsze w naszej pracy może się zgubić. Abstrahując od samego szkolenia… rozmawiałam po nim ze znajomymi nauczycielami i ku mojemu zdziwieniu pojawili się tacy, którzy nie wiedząc, co chcę im opowiedzieć już byli negatywnie nastawieni. Co ciekawe te same osoby są niepocieszone, gdy rodzice od razu nie przystają na pewne, proponowane przez nich zmiany.
      A pod superwizjami dla nauczycieli podpisuję się obiema rękami! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *